blog:

2011-02-15 17:08:50
Dlaczego strach nabiera mocy i zniewala rozum?
Jak nazwać sytuację, w której kocham jedną osobę, pożądam inną, a z jeszcze inną ląduję w łóżku?
Jak nazwać stan, w którym mam ochotę sama siebie kopnąć w głowę?

Czuję obezwładniający lęk. Ataki paniki są zazwyczaj irracjonalne, i tak jest też w tym wypadku. Nie żałuję środków, by zgłuszyć strach, jeszcze parę godzin i będę wolna od tej przytłaczającej psychozy, która jest moim udziałem od kilku dni.

Sama nie wiem, czego chcę. Na pewno nie tego, co dostaję. Są chwile, gdy nie chcę nic. Gdy wszystko ponad wywołuje jedynie niechęć, obrzydzenie i strach.
Niech będzie, jak jest. Wyrzekam się innych marzeń i pragnień, zostawiam sobie jedyny priorytet.

Fak ju, senk ju.


skomentuj (1)
2011-02-15 17:08:19
Dlaczego strach nabiera mocy i zniewala rozum?
Jak nazwać sytuację, w której kocham jedną osobę, pożądam inną, a z jeszcze inną ląduję w łóżku?
Jak nazwać stan, w którym mam ochotę sama siebie kopnąć w głowę?

Czuję obezwładniający lęk. Ataki paniki są zazwyczaj irracjonalne, i tak jest też w tym wypadku. Nie żałuję środków, by zgłuszyć strach, jeszcze parę godzin i będę wolna od tej przytłaczającej psychozy, która jest moim udziałem od kilku dni.

Sama nie wiem, czego chcę. Na pewno nie tego, co dostaję. Są chwile, gdy nie chcę nic. Gdy wszystko ponad wywołuje jedynie niechęć, obrzydzenie i strach.
Niech będzie, jak jest. Wyrzekam się innych marzeń i pragnień, zostawiam sobie jedyny priorytet.

Fak ju, senk ju.


skomentuj (0)
2011-02-02 18:20:11
Wszystko chuj
Czasami mam ochotę powiedzieć wszystkim, żeby się po prostu ode mie odpierdolili.
Lubię aktywne życie, ale czasami szlag jasny mnie trafia, gdy czuję za dużą presję: narzuconych obowiązków, spraw do załatwienia, cudzych oczekiwań.

Czasami mam też ochotę każdej nowopoznanej osobie wręczać instrukcję obsługi utrzymywania kontaktów ze mną.

Bo do mnie się nie dzwoni.
Nie wyskakuje sie z zaproszeniami w ostatniej chwili.
Bo ja nie chodzę do kościoła, nie cierpię dzieci i nie wstydzę się przyznać, że głosowałam na PO.
Bo rzygam już Smoleńskiem i Jarosławem, który chyba chce wojny z Rosją a sam uskutecznia bolszewickie metody.
Bo nie jestem miła, grzeczna i cnotliwa.
Bo lubię tatuaże i kolczyki. bo lubię kląć i czasem lubię po prostu się schlać.
Bo mam w dupie, co kto sobie o mnie pomyśli.
Bo nikt nigdy nie będzie mi mówił, jak mam być i co mam myśleć.

I chuj.




skomentuj (0)
2009-07-09 20:24:01
Something isn't right...
Myślę o tym, jak bardzo moje życie się zmieniło, jak bardzo ja się zmieniłam...
Trzy, cztery lata temu panikowałam na samą myśl o pójściu do nowej pracy, o poznawaniu nowych osób; każda zmiana budziła obawę, lęk, powodowała, że zamykałam się w sobie, trzymałam ludzi na dystans...
Właściwie nie wiem, jak to się stało, że znam i lubię teraz tak wiele osób, że to właśnie ja jestem w stanie zainicjować kontakt, odezwać się pierwsza, pełnić rolę instruktora z pewnością i opanowaniem niezależnie od miejsca i okoliczności. Nie wiem, czy to po prostu pewność siebie, obycie, rutyna, odkryta komunikatywność, czy może raczej desperackie poszukiwanie jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi, który jest mi potrzebny, by nie oszaleć. Tak samo, jak papierosy, alkohol, tabletki, kofeina, wysiłek fizyczny...
Czasami mam wrażenie, że potrafię oddychać tylko nikotyną, że bez lekkiego szumu w głowie nie potrafię się otworzyć i rozmawiać, ani odważyć na cokolwiek... Że bez tabletek i kofeiny nie potrafię pracować, a bez pracy szaleję i nie mogę znaleźć sobie miejsca i jem...
Wiem, że to wszystko środki zastępcze, że pozwalają urochomić w moim pokręconym mózgu ścieżkę nagrody, która w stanie "normlaności" pozostaje nieaktywna. Kiedy pracuję, mam papierosy, alkohol i rosnące emocje wywołane przez jakiegoś mężczyznę, czuję, że żyję, jestem szczęśliwa, uśmiechnięta, pełna energii. Ale kompletnie nie umiem bez tego funkcjonować. Każdy zastój, dzień wolny, przerwa to tragedia. To pracoholizm. To uzależnienie od procentów, nikotyny, endorfin, adrenaliny... To rozpaczliwe usiłowanie ciągłego dokręcania śrubek obluzowujących się w głowie. To naciąganie sprężyny do granic możliwości i próba utrzymania jej w tym stanie cały czas. To czekanie, aż w końcu coś się poluzuje. Aż sprężyna pęknie, jeżeli nic się nie zmieni, a ja się boję i tak naprawdę chyba nie chcę niczego zmienić.
To depresja.

skomentuj (2)
2009-03-24 00:36:12
Czas na podsumowanie
Tego co było dobre, co było złe, co jest warte zapamiętania i powtórzenia w przyszłości, a czego powielać nie należy.

Co było dobre?

- celebrowanie wspólnych posiłków
- podział obowiązków
- mówienie o problemie w momencie jego zaistnienia, nie po fakcie
- wsparcie, poczucie pewności

Co było złe?
- wzajemne obwinianie się o wszystko
- kłótnie o pieniądze
- brak możliwości ROZMAWIANIA, nie tylko komunikowania sobie czegoś
- pośpiech we wszystkich rzeczach, do których w związku powinno dchodzić się powoli
- odizolowanie się od zanjomych, skupienie wyłącznie na sobie
- utrata indywidualności, własnego życia, intmności, prywatnego czasu itd.
- rywalizacja
- zmuszanie się do czegokolwiek
- brak empatii

O czym powinnam pamiętać?

- nie mierzyć innych własną miarką, próbować spojrzeć od czasu do czasu na siebie i związek oczyma drugiej osoby
- muszę słyszeć, słuchać, zrozumieć
- moje emocje na pewno nie są indentyczne z emocjami drugiej osoby, nawet jeżeli przyczyny i  warunki zewnętrzne są te same
- nie mogę zrezygnować z JA na rzecz MY. W dalszym ciagu jestem autonomiczną jednostką. To, że pozostaję w stałej relacji z inną jednostką tego nie zmienia
- nie muszę kochać całej rodziny tej drugiej osoby, ani ona nie musi kochać mojej. Tylko szacunek jest wymagany
- nie mogę niczego robić na siłę i wbrew sobie. Jeżeli ktoś próbuje to na mnie wymusić - powinna mi się w głowie zapalić czerwona lampka
- nikt nie powinien opierać związku na dążeniu do zmiany drugiej osoby. Ani tym bardziej na stawaniu się kompletnie innym człowiekiem
- to normalne, że on się zna na jednych reczach lepiej, ja mam szersze pojęcie o innych. Nie musimy udawać przed sobą, że wiemy wszystko o wszystkim i że potrafimy wszystko.
- nie powinnam się z niczym spieszyć; jeżeli to nie "to", to do pewnych rzeczy nie powinno dojść , jeżeli to "to", to i tak prędzej czy później do tego dojdziemy. A im dłużej, tym lepiej.

skomentuj (1)
2009-03-17 10:09:51
Rutyna
Rutyna zabija - czy aby na pewno?
To rutyna sprawia, że czuję się coraz pewniej, pokonując konno codziennie te same trasy.
Sprawia, że pokonuję je szybciej, mniej uważenie, że zapominam o kasku i podstawowych zasadach bezpieczeństwa.
Rutyna to ufność, że droga pokonana wczorajszego dnia, będzie przejezdna także dzisiaj.
Rutyna to brak strachu, a przecież to strach sprawia, że myślimy o bezpieczeństwie.
Ale rutyna to także nawyk, by lecąc z konia przez łeb w pełnym galopie schować głowę w ramiona i przewracać się przez bark, odruch, by nie wypuścić wodzy z ręki nawet w chwili, gdy koń przetacza się nade mną. To rutyna podpowiada, że odgłos słyszany za plecami to podnoszący się z ziemi koń, od którego przydałoby się odtoczyć. I żeby mówić do niego uspokajająco, jeżeli nie udało się w porę odtoczyć.
To rutyna kieruje mną, gdy przecierając oczy ze śniegu sprawdzam najpierw, czy z koniem jest wszystko w porządku.
To ona każe wsiąść, dopóki koń stoi spokojnie, a dopiero potem zająć się sobą,  przyłożyć garść śniegu do szybko puchnącego oka, spróbować zgiąć nogę.
Rutyna podpowiada, że gdy minie pierwsze oszołomienie, znajdę więcej obrażeń, niż rozcięte oko czy zdeptane kolano.
Rutyna naraża na niebezpieczeństwo, ale daje też umiejętność radzenia sobie z nim.

skomentuj (1)
2009-03-09 18:26:18
"It's day that I'm glad I survived" czyli o P.,P., i P. słów kilka.
Pierwszego P. znam już ponad rok. Z nim pierwszy raz jechałam na tę cholerną wieś. To z nim jeździłam przez ponad pół rou co drugi dzień, to on stanowił motywację do tego, by zastanowić się, w co się ubrać, jakich perfum użyć, by zrobić makijaż. By siadać z przodu i móc go obserwować we wstecznym lusterku. Słuchać jego głosu podczas rozmów na cb, wyłapywać z nich szczegóły dotyczące jego samego. Każdy półuśmiech czy brwi uniesione z aprobatą urastały do rangi wydarzenia dnia, motywowały, napędzały.
Po kilkumiesięcznej przerwie nic się nie zmieniło. P. dalej sprawia, że moje serce przyspiesza i w głowie kłębią się mniej lub bardziej niedozwolone myśli.

Drugi P. pojawił się zaraz po rozstaniu. Był tym, który słuchał żalów, wyrzutów i żartów, który był na bieżąco ze wszystkim.
Który robił kawę i pamiętał, ile łyżeczek słodzę. Który siedział obok na kanapie, autentycznie słuchał i patrzył w oczy.
Który potrafił rozbawić do łez. Przy którym nauczyłam się na powrót rozmawiać z obcymi osobami, który pomógł się otworzyć na życie, na świat, na innych ludzi. Służył do zajmowania czasu i odwracania uwagi. Szkoda, że był zajęty.

Trzeci P. to ten, którego wkręciłam sobie sama najbardziej. Najmocniej. I którego pozbyć sięw głowy/serca/czegokolwiek będzie najtrudniej. Którego najpierw najzwyczajniej w świecie polubiłam, do którego się przyzwyczaiłam, z którym rozmawia mi się najlepiej, który mimo wszystko podoba mi się najbardziej. Który - po wielokrotnym przewartościowaniu mojego światopoglądu - pasuje idealnie. Spełnia wymagania i mógłby dawać nadzieję na coś poważniejszego. Gdyby nie był zajęty.

skomentuj (2)
2009-01-22 22:25:11
surrender
Życie czasem bywa do dupy.
Moje życie jest dzisiaj bardzo do dupy.
Trudno biec samą siłą rozpędu, jeżeli się nie ma pojęcia, dokąd się biegnie.
A ja nawet już nie bardzo pamiętam, skąd brał się rozpęd.
Kończy się niczym nie uzasadniona wiara że uda się, że będzie dobrze. Dopadają mnie wątpliwości, zniechęcenie, cała masa obaw i najgorszy ze wszystkich - strach przed tym, że się wygłupię.
Czy w takim razie lepiej nie próbować, niż narażać się na porażkę?
Dziś jest mi po prost źle, niekoniecznie mam siłę brnąć dalej nie wiedząc, w co tak naprawdę brnę.
Jest masa pytań do zadania, lecz brak odwagi.
Jest dużo rzeczy do powiedzenia, lecz brak słów.
Jest dużo emocji, lecz... co to są za emocje?
Ile w nich jest prawdy a ile alkoholu, gorączki, szaleństwa czy prochów?

skomentuj (0)
2008-12-13 19:58:09
...





skomentuj (0)
2008-11-15 22:36:05
Równia pochyła
Na ustach mam posmak smoły, wargi i gardło pieką od gorącego dymu nazbyt łapczywie wciąganego w płuca. Głowa pęka w szwach od nadmiaru skłębionych myśli, spęczniałe emocje wysączają się wolno przez przekrwione oczy. Mimo tego oczy są suche, piekące, na wpół oślepłe. Okalają je zmarszczki na suchej skórze, z której wywabiono wszelkie barwy życia.
Dłonie i usta drżą na przemian i nie jest to już ani szloch, ani giew, jest w tym tylko wciąż tajona głęboko we własnym wnętrzu panika.
Krew pod skórą pulsuje nierównomiernie, rozrywając kruche ścianki naczyń krwionośnych, serce szamocze się w klatce żeber w swoim własnym, chaotycznym rytmie. Czasem niemal cichnie, czasem boli tak, jak gdyby biło ostatni raz. Odrętwiałe ciało puchnie lub zanika, coraz bardziej chore i wyeksploatowane, buntuje się, słabnie, ginie.
Odruchy, popędy i natręctwa są nieposkramialne; spala mnie od wewnątrz żądza tak straszna, tak przejmująca... Tak trudna do zaspokojenia. Pochłaniam świat, łapczywie i bez umiaru szukam doznań, którymi mogłabym się nasycić, emocji silniejszym niż permanentny ból, zdarzeń godnych tego, by stały się wspomnieniami. Czegoś silniejszego niż nienawiść i złość, intensywniejszego niż rozpacz czy żal, wyraźniejszego niż pamięć przeszłości.
Czegokolwiek, by odrócić od siebie agresję, by przestać się niszczyć każdego dnia.


skomentuj (0)